wtorek, 18 sierpnia 2015

Wspomnienia z dzieciństwa

Poranny spacer wzdłuż rzeki Wisły
Przypomniał mi uśmiech dzieciny,
Który towarzyszył mi przy zabawie
Rzucając kaczki po rzece Wiśle.

Mewy zaczęły krążyć na de mną
Myśląc o posiłku bo były głodne
Litość wzięła mnie nad nimi
I rzuciłem im moje drugie śniadanie.

Słońce zaczęło mocniej prażyć
Nie chciało się iść do szkoły
Rozebrałem się i zanurzyłem w rzece
Swoje nagie ciało młodzieńcze.

Wspomina te chwile idąc wzdłuż Wisły
Podparty laseczką i pomocną ręką
I opowiadam o moim życiu
Jakie związane są z rzeką Wisłą

Aż dziw bierze jak się zasłuchała
Ta moja opiekunka i myślę sobie
Ze to co ja przeżyłem
Nie przeżyje dzisiejsza młodzież.

Choć też młodzi i z fantazją
To jednak czasy inne
I oprawa dzieciństwa
Jest bujniejsza od mojego.

Autor Jacek Marek Krawczyk


Kraków 2015.06.09

sobota, 15 sierpnia 2015

Kot

Szuru buru miał miał
miał miał szuru buru
Jeszcze głośniej miałczę
miał miał miał
Pewno ktoś mi coś da
za szuru buru miał miał miał.

Autor jacek marek krawczyk
Kraków 2015.08.15

piątek, 14 sierpnia 2015

A kiedy będziemy gotowi

A kiedy wzrok podnoszę
I patrzę ci prosto w oczy
Wtedy nieruchomieję
Tak jestem zakochany w tobie.

Napływa płomień miłości
Ciepło rozpala mnie
I pragnę się rozebrać,
Byś kochała mnie.

Iskierka twoja zamieni
Płomień w ogień,
Który rozgrzeje
Serce moje i twoje

Wzniesiemy się do nieba
Wolnością nasycimy się
A kiedy będziemy gotowi
To jak piórko spadniemy na ziemię.

I znów będziemy tak jak inni
Walczący by żyć,
Aby znów wznieś się do nieba
By poczuć miłości ogień.

Autor Jacek Marek Krawczyk

Kraków 2015.08.15

niedziela, 9 sierpnia 2015

Przyjaźń z Filipem

Gdy słońce prażyło i pewne było, że będzie popcorn do piwa ja czekając do fajerantu w sklepie nagle zobaczyłem jak dostojnie po schodach kroczy gołąb do mojego sklepu. Myślę sobie pewno chce mu się pić i spragniony, ale ponieważ byłem głodny i w ręku miałem kanapkę więc głupio by było gołąbka nie poczęstować. Zamknąłem sklep, aby na drugi dzień znowu go otworzyć w ten afrykański upał. Usłyszałem hejnał z wieży mariackiej i wtedy znowu wszedł gołą ten sam dostojnie po schodach do mojego sklepu. Oczywiście dałem mu picie i jedzenie i wtedy już wiedziałem, że się tak szybko go nie pozbędę. Postanowiłem nadać mu imię Filip, aby bardziej zacisnęły się więzi między nami i odtąd już codziennie przychodził do mnie Filip, albo na śniadanie, albo na obiad i czasami był tak bezczelny, że na wszystkie posiłki nie wyłączając z kolacją. Nastała zima, a po zimie wiosna i wtedy Filip przyprowadził panią pewno Filipową. Myślę sobie jeszcze mnie stań dwie gęby wyżywić, ale pewnego razu mój klient ofiarował się mi pomóc i zaczął przynosić pszenicę z domu. Nie wiem jak się to stało, ale Filip sprowadził sobie kumpli i wtedy zrozumiałem, że już nie dwa gołąbki, ale całe stado trzeba dokarmiać. Nic myślę sobie państwo Filipkowie jakoś sobie poradzą i przestałem karmić gołąbki i wtedy nie wiadomo skąd nie wiadomo jak pod moimi schodami zobaczyłem rannego gołębia i myślę sobie trzeba mu pomóc nie ma inne rady. No i tak ja ratuję gołębia a całe stado gołębi żeruje na tym i je wszystko co im dam. Nic myślę sobie wyzdrowieje odfrunie i będzie spokój i tak się stało. Minęło trzy dni i przychodzi do mnie po schodach dostojnie jak się domyślacie Filip. Zacząłem jak dawniej dokarmiać go i poić, lecz pewnego dnia chciałem sobie zażartować z Filipa i pytam się go „ To ty jesteś Filip?”. Gdy nagle jeszcze nie dokończyłem gdy całe stado gołębi sfrunęło pod schody. Nic kończę już moją opowieść na autentycznych faktach i pozdrawia wasz poeta Jacek Marek Krawczyk Kraków 2015.08.09